O JĘZYKACH MIŁOŚCI, ZUPIE POMIDOROWEJ I INNYCH ZAWODOWYCH NIEPOROZUMIENIACH!

 
O językach miłości, zupie pomidorowej i innych zawodowych nieporozumieniach:)
Istnieje pewna uporczywa fantazja karmiona poradnikami, szkoleniami integracyjnymi i prezentacjami w PowerPoincie z hasłem „synergia”, że skoro jesteśmy dorośli, kulturalni i generalnie umiemy posługiwać się sztućcami, to powinniśmy również wszyscy mówić tym samym językiem miłości, komunikacji, empatii i współpracy, najlepiej płynnie, bez akcentu i z uśmiechem numer cztery z banku zdjęć.Otóż nie. I nie tylko w życiu prywatnym, gdzie już dawno pogodziliśmy się z faktem, że nie każda randka kończy się „i żyli długo i szczęśliwie”, ale również, a może przede wszystkim w życiu zawodowym, gdzie nadal udajemy, że skoro mamy wspólny projekt, to automatycznie powinniśmy mieć też wspólną wrażliwość, tempo, poczucie humoru, sposób myślenia i identyczny próg tolerancji na chaos, opóźnienia i zdania zaczynające się od „wydaje mi się, że…”.
Nie musimy. Nie wszyscy mówimy tym samym językiem miłości, nie wszyscy komunikujemy się w tym samym dialekcie intencji, a już na pewno nie wszyscy słyszymy to samo, nawet jeśli ktoś mówi bardzo wyraźnie, z najlepszymi chęciami i sercem na dłoni, co – umówmy się – bywa przereklamowanym narzędziem komunikacji w pracy. I to nie czyni nas złymi ludźmi. To czyni nas puzzlami. A puzzle, jak wiadomo, nie zawsze do siebie pasują, czasem mają podobne kolory, czasem obiecują wspólny obrazek, a mimo to przy bliższym kontakcie okazuje się, że jeden ma wypustkę w miejscu, w którym drugi uparcie ma dziurkę, i można się starać, dociskać, obracać pod światło i wmawiać sobie, że „prawie pasuje”, ale efekt końcowy i tak będzie marny, krzywy i frustrujący.
Podobnie bywa z relacjami – zarówno zawodowymi, jak i towarzyskimi – w których mimo szczerych chęci, dobrych intencji i kalendarza pełnego spotkań, komunikujemy się zupełnie innymi językami, a potem dziwimy się, że po drugiej stronie zapada cisza, zniecierpliwienie albo bierna agresja ubrana w mail zaczynający się od „wracając do tematu”.Moment, w którym uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy zupą pomidorową, a więc nie musimy smakować każdemu, nie musimy być lubiani przez wszystkich i nie musimy się rozpuszczać w każdym towarzystwie bywa zaskakująco wyzwalający, zwłaszcza gdy dodamy do niego drugą, mniej romantyczną, ale znacznie bardziej praktyczną myśl: nasz czas jest zasobem skończonym, drogim i boleśnie nieodnawialnym.
Optymalizacja życia tego prywatnego i zawodowego nie polega więc wyłącznie na lepszym kalendarzu, aplikacjach do zarządzania zadaniami i porannej rutynie z imbirem, lecz również na świadomym, czasem bezlitośnie trzeźwym wyborze kontaktów, w które inwestujemy energię, uwagę i emocje, bo nie każda współpraca, nawet poprawna, jest warta kontynuowania, a nie każde „może się dotrzemy” rzeczywiście kiedykolwiek się dotrze. I kiedy wreszcie przestajemy udawać, że wszyscy musimy się lubić, zaczynamy znacznie lepiej współpracować z tymi, z którymi naprawdę mówimy podobnym językiem a czas spędzony w pracy staje się nie tylko przyjemniejszy, ale też bardziej miarodajny, sensowny i zawodowo skuteczny.
Na koniec więc – korzystając z tej eleganckiej okazji, jaką daje zmiana cyfry w kalendarzu, pozwolę sobie złożyć życzenia na Nowy 2026 rok, bez konfetti, bez coachingowych haseł i bez obietnicy, że „wszystko będzie dobrze”.
Życzę nam wszystkim odwagi do rozpoznawania, z kim naprawdę mówimy tym samym językiem – niekoniecznie miłości, raczej sensu, sprawczości i wzajemnego zrozumienia oraz do rezygnowania z relacji, które wymagają ciągłego tłumaczenia oczywistości, nadmiernego dopasowywania się i udawania, że coś „jakoś działa”.
Życzę nam umiejętności wybierania ludzi nie dlatego, że wypada, że są „od dawna”, że tak się przyjęło albo że „może jeszcze się uda”, lecz dlatego, że współpraca z nimi realnie coś wnosi, a rozmowa nie wymaga słownika, cierpliwości świętej i herbaty uspokajającej po każdym spotkaniu.
I wreszcie życzę nam, żeby w 2026 roku nasz czas i ten zawodowy i ten zupełnie prywatny był spędzany tam, gdzie naprawdę ma znaczenie, z ludźmi, przy których nie musimy być zupą pomidorową, bo wystarczy, że jesteśmy sobą.
Z dystansem. Z ironią. I z bardzo dobrze dobranym towarzystwem:)
 
IZA JAŁOWIECKA
   

Serwis używa plików cookies, aby ułatwić Internautom korzystanie z naszych stron www oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci Twojego komputera. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zmienić ustawienia przeglądarki tak, aby zablokować zapisywanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w naszej polityce prywatności.

   
Przewijanie do góry

50% off

NA KOLEKCJĘ WIESZAKOWĄ W SALONIE

SILESIA CITY CENTER