O UWAŻNOŚCI NA CZAS, KTÓRY DLA KAŻDEGO JEST NAJCENNIEJSZY, BO JEST OGRANICZONY!

Przez długie lata byłam osobą, która z czasem obchodziła się jak z plasteliną – rozciągałam go, ugniatałam, przesuwałam wedle własnego uznania, uznając, że dwadzieścia minut w tę czy w tamtą stronę to nie tragedia, kwadrans akademicki to konstrukcja kulturowa stworzona wyłącznie po to, żeby ludzie tacy jak ja mogli funkcjonować bez poczucia winy, a moje życie, pełne obowiązków, spotkań, odpowiedzialności i, co tu ukrywać, lekkiego chaosu, daje mi święte prawo do spóźniania się, bo przecież ja mam dużo na głowie, a inni, z natury rzeczy, powinni to rozumieć i akceptować.I żyłam sobie w tym przekonaniu całkiem komfortowo, aż do momentu, w którym dwie kobiety, zupełnie nieświadomie, zrobiły mi w głowie generalny remont, bez zapowiedzi, bez folii ochronnej i bez pytania, czy na pewno jestem gotowa na kurz.
Pierwsza była moja wieloletnia przyjaciółka Aga, która podczas zupełnie niewinnego spotkania na kawie, pomiędzy jednym zdaniem a drugim, takim rzuconym niby mimochodem, powiedziała: „Ja się już przyzwyczaiłam, że Ty się zawsze spóźniasz, chociaż strasznie mnie to denerwuje, bo dla mnie punktualność to ogromna wartość, ale jakoś się do tego przyzwyczaiłam”, i to jedno zdanie, wypowiedziane spokojnie, bez awantury i dramatyzmu, zadzwoniło mi w głowie jak potężny dzwon alarmowy, który obudził we mnie nie wstyd – bo to przyszło później – ale uważność. Może i byłam wtedy spóźnialska, ale nigdy nie byłam odporna na krytykę, na którą mój organizm do dziś reaguje niemal fizycznym bólem, więc od tamtego momentu cyfry na zegarku zaczęły mieć dla mnie realne znaczenie, a moja dyscyplina czasowa, ku mojemu własnemu zaskoczeniu, zaczęła się poprawiać.
Druga sytuacja była już mniej subtelna i zdecydowanie mniej komfortowa, bo dotyczyła spotkania z Kasią, na które spóźniłam się dwadzieścia minut nie dlatego, że zlekceważyłam czas, ale dlatego, że nie znalazłam miejsca parkingowego, co, i tu nie ma żadnej taryfy ulgowej, powinnam była przewidzieć, zamiast liczyć na moje legendarne „szczęście do miejsca”, które tym razem postanowiło zrobić sobie wolne. Kiedy po dwudziestu minutach weszłam na spotkanie, Kasia spojrzała na mnie i powiedziała bardzo spokojnie, bardzo jasno i bez cienia agresji: „Wiesz, skoro się umawiamy i ja poświęcam swoją energię, żeby dotrzeć na czas, to chciałabym, żeby w drugą stronę działało to tak samo, bo ja jestem równie zajęta jak Ty i z szacunku do siebie powinnam już stąd wyjść, ale zostałam tylko dlatego, że naprawdę Cię lubię”. Zaniemówiłam – co u mnie zdarza się rzadko – bo w jednej chwili dotarło do mnie, że to nie brak miejsca parkingowego był problemem, tylko moja lekkomyślność, moje liczenie na łut szczęścia i mój nieuświadomiony, lekceważący stosunek do cudzych minut, które dla kogoś innego są tak samo nieodwracalne jak moje.
I wtedy zrozumiałam coś, co dziś wydaje mi się banalne, ale wtedy było odkryciem na miarę małej rewolucji: że czas, który dajemy drugiemu człowiekowi, jest formą prezentu, którego nie da się oddać, wymienić ani dokupić później, że punktualność nie jest kwestią organizacyjną, tylko etyczną, a każde spóźnienie, nawet to usprawiedliwione korkiem, parkingiem czy losem, który tym razem nie był łaskawy, jest komunikatem, czasem niechcianym, o hierarchii ważności. Od tamtej pory, jeśli jadę w miejsce, którego nie znam, wychodzę wcześniej, bo z szacunku do osoby, z którą się spotykam, biorę pod uwagę scenariusze mniej optymistyczne, a nie te oparte na moim osobistym micie szczęścia, który, jak się okazuje, bywa zawodny.
Puenta? Czas to jedyna waluta, której wszyscy mamy dokładnie tyle samo na starcie każdego dnia, ale wydajemy ją w zupełnie różny sposób, i jeśli już kogoś nim obdarowujemy, wypadałoby robić to z uważnością, bo nikt z nas nie jest aż tak ważny, żeby bezkarnie marnować cudze minuty, a punktualność nie jest drobiazgiem ani uprzejmym dodatkiem do charakteru – jest wyrazem szacunku, świadomości i odpowiedzialności za relacje i obdarowywanie kogoś swoim czasem ma sens tylko wtedy, gdy robimy to naprawdę, a nie „w przybliżeniu”…
 
IZA JAŁOWIECKA
   

Serwis używa plików cookies, aby ułatwić Internautom korzystanie z naszych stron www oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci Twojego komputera. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zmienić ustawienia przeglądarki tak, aby zablokować zapisywanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w naszej polityce prywatności.

   
Przewijanie do góry

50% off

NA KOLEKCJĘ WIESZAKOWĄ W SALONIE

SILESIA CITY CENTER