To jest mój ostatni rok z czwórką z przodu i wbrew temu, co podpowiadałaby kultura masowego wzruszenia, nie towarzyszy mi ani potrzeba podsumowań, ani sentymentalnych kolaży ze zdjęć, tylko raczej chłodne zdziwienie, że pomiędzy trzydziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia nie ma żadnej epickiej opowieści, a tylko jest jedno krótkie mrugnięcie oka, najlepiej w trakcie odpisywania na maila, który i tak nie miał sensu.
Jeszcze chwilę temu miałam trzydzieści pięć lat i byłam przekonana, że czas jest po mojej stronie, że można go negocjować, przesuwać, zagadywać planami, ambicjami i „jeszcze nie teraz”, aż nagle okazało się, że pięćdziesiątka nie tylko nie pyta o zgodę, ale nawet nie puka, ona po prostu wchodzi, rozgląda się i z lekką wyższością sprawdza, czy aby na pewno jesteśmy przygotowane.
To był również pierwszy rok, w którym zaczęłam interesować się własnym zdrowiem nie w wersji dekoracyjnej, tylko roboczej. Nie „dbam o siebie”, tylko: sprawdzam, mierzę, analizuję i przestaję udawać, że permanentne zmęczenie, rozregulowany sen i dziwne stany lękowe są wyłącznie efektem nadmiaru pracy i niedostatku urlopów. Choroba, jak to choroba, nie była subtelna — raczej konkretna i bezczelna — i jasno dała mi do zrozumienia, że dalsze ignorowanie tematu nie będzie już eleganckie.
Prawdziwy zwrot akcji nastąpił jednak w momencie, kiedy zostałam zaproszona do projektu dla kobiet w menopauzie. I tu pozwolę sobie na szczerość: poczułam się obrażona. Autentycznie. Jakby ktoś pomylił adresata, dekadę i energię życiową. Ja? Menopauza? Przecież ja jeszcze robię nowoczesne rzeczy, mam plany, tempo, ambicje i absolutnie nie wpisuję się w wyobrażenie kobiety, której nagle proponuje się rozmowy o hormonach. Przez krótką chwilę byłam przekonana, że to zwykły nietakt. A potem poszłam posłuchać. I wtedy okazało się, że nietaktem nie było zaproszenie, tylko moje przekonanie, że biologia powinna nadążać za moim wizerunkiem. Na wykładach padło kilka faktów, których nie dało się już zagadać: że kobiety wchodzą w menopauzę nawet w wieku trzydziestu pięciu lat, że w ogromnej większości nie mają o tym pojęcia, bo nikt ich nie nauczył, żeby badać hormony, a objawy bardzo skutecznie przypisuje się stresowi, relacjom, pracy, dzieciom, partnerom i całej reszcie świata tylko nie ciału.
Zrobiłam badania. I okazało się, że ten etap mam już dawno za sobą. Oficjalnie. Laboratoryjnie. Bez miejsca na interpretację. A wszystkie dolegliwości, które przez lata uznawałam za efekt „trudnych ludzi” i „wymagającej rzeczywistości”, okazały się zwyczajnie skutkiem hormonalnego chaosu. Co, swoją drogą, było dość odświeżające — nagle przestałam się zastanawiać, czy to ja nie radzę sobie z życiem.
Najbardziej utkwiła mi w głowie historia trzydziestopięcioletniej kobiety, o której opowiadał jeden z lekarzy, latami leczonej na depresję, faszerowanej lekami psychotropowymi, z kołataniem serca i stanami lękowymi, które nijak nie chciały się „ułożyć”. Dopiero badania hormonalne pokazały, że problem nie był natury psychicznej, tylko hormonalnej. Menopauza. Nierozpoznana. Przeoczona. Za to bardzo skrupulatnie leczona w niewłaściwym kierunku. I wtedy zrozumiałam coś jeszcze: że kobiece zdrowie przez dekady było traktowane jak temat poboczny, coś pomiędzy „taka uroda” a „proszę się nie przejmować”. A my same nauczyłyśmy się funkcjonować w trybie: wytrzymam, przeczekam, dam radę — aż w końcu organizm przestaje negocjować.
To jest mój ostatni rok z czwórką z przodu. I nie jest to opowieść o strachu przed liczbą. To raczej krótka notatka o tym, że czas nie zwalnia, a biologia ma w nosie nasze plany, narracje i autoidentyfikacje. I że zdrowie, jeśli się nim nie zajmiemy świadomie, w pewnym momencie zajmie się nami. Bardzo zdecydowanie!
Wesołych Świąt!
IZA JAŁOWIECKA



