SPORTEM SIĘ BRZYDZĘ A MUZYKA NIE POTRZEBUJE ARGUMENTÓW!

Od lat, i mówię to z dumą godną kogoś, kto konsekwentnie trwa w swoich przekonaniach żywię jakąś naturalną, głęboką i absolutnie niewzruszoną niechęć do sportów oraz wszelkich aktywności sportowych, co nie jest żadną pozą ani kokieterią, tylko faktem znanym wszystkim, którzy mnie znają wystarczająco długo, by pamiętać, że sportem się po prostu brzydzę, nie lubię, nie rozumiem i uważam go za zjawisko co najmniej podejrzane, głównie dlatego, że powoduje pocenie się, zadyszkę, przypadkowe kontuzje i ten specyficzny rodzaj entuzjazmu, który każe ludziom w niedzielę o siódmej rano zakładać legginsy i mówić, że „idą pobiegać”, jakby to była jakaś nagroda, a nie kara.
W moim świecie sport od zawsze balansował gdzieś pomiędzy niepotrzebnym wysiłkiem a realnym zagrożeniem dla zdrowia i godności osobistej, dlatego od lat prowadzę ciche, acz konsekwentne poszukiwania takiej formy ruchu, którą dałoby się sprytnie przemycić do życia bez konieczności nazywania jej sportem, najlepiej tak, żeby organizm coś tam poruszył, ale psychika nie doznała uszczerbku, a dusza nie uciekła w popłochu. I tym obszarem, ku mojemu własnemu zaskoczeniu okazał się taniec.
Zaczynałam całkiem klasycznie, od tańca towarzyskiego, który uprawiałam przez ponad sześć lat, z pełnym zaangażowaniem, ambicją i naiwnością osoby, która jeszcze nie wie, że taniec w parze potrafi być sportem ekstremalnym dla relacji międzyludzkich, bo skutkował potem nie tylko bolącymi stopami, ale również łzami, emocjonalnymi spięciami i niemal nieprzetrwaniem cudownej partnerskiej relacji, w której jakimś cudem mam dziś szczęście uczestniczyć.
Potem, jak to bywa w życiu ludzi, którzy czegoś się uczą, a potem próbują to odczarować, przyszedł czas na aktywności mniej wyczynowe, a bardziej relaksowe, czyli bachata, kizomba i salsa, które wciągnęły mnie w intensywny, barwny i bardzo wymagający czas pełen młodych ludzi, późnych wieczorów, energii, którą rzekomo już dawno powinnam mieć za sobą, oraz wysiłku, który wcale nie był wyłącznie fizyczny, bo największym kosztem okazał się czas, logistyka i to ciągłe „zaraz, dziś trening”, wypowiadane z miną osoby, która sama nie do końca wie, kiedy to się stało.
Aż wreszcie przyszło tango. Tango, do którego, nie oszukujmy się, trzeba dojrzeć, żeby je naprawdę odkrywać i czerpać z niego przyjemność, bo to nie jest taniec dla niecierpliwych, przypadkowych ani takich, którzy lubią, gdy wszystko od razu wiadomo; tango wymaga uważności, zgody na niedoskonałość i ciszy pomiędzy krokami, a więc rzeczy, które z wiekiem zaczynają być bardziej atrakcyjne niż szybkie tempo i głośne brawa. Ale dopiero w tym roku dotarło do mnie coś, co powinno było dotrzeć znacznie wcześniej, choć jak wiemy mądrość przychodzi dokładnie wtedy, kiedy ma przyjść, że wcale nie chodzi o styl taneczny, o konkretne figury, technikę czy nawet o sam ruch, tylko o… muzykę.
O to, że żeby naprawdę lubić taniec, trzeba być poruszonym w sercu tym, do czego się tańczy, bo ciało może się nauczyć wszystkiego, ale bez wewnętrznego drgnięcia pozostaje tylko poprawnie wykonującym polecenia narzędziem, a ja jak się okazuje nie tańczę do tradycyjnego tanga, tylko do każdego rodzaju utworu, do każdej melodii i każdego dźwięku, który coś we mnie uruchamia, bo dopiero wtedy, wykorzystując wszystko, czego nauczyłam się, liznąwszy wielu stylów, mogę zatańczyć nie tylko ciałem, ale i sercem. A to, na szczęście, wciąż nie jest sport:)

IZA JAŁOWIECKA
   

Serwis używa plików cookies, aby ułatwić Internautom korzystanie z naszych stron www oraz do celów statystycznych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci Twojego komputera. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zmienić ustawienia przeglądarki tak, aby zablokować zapisywanie plików cookies. Więcej informacji znajdziesz w naszej polityce prywatności.

   
Przewijanie do góry

50% off

NA KOLEKCJĘ WIESZAKOWĄ W SALONIE

SILESIA CITY CENTER